sobota, 13 sierpnia 2011

pawio

...
A psik... psik... obecny stan rzeczy i fakt, że mój nos w zastraszającym tempie zaczyna przybierać cechy Niagary, powodują u mnie uczucia, które trudno jest raczej skojarzyć z zadowoleniem. Nie wspominając już radości wypoczynku. Ciągłe kręcenie w nosie nie daje spokoju, jakby rzeczywistość specjalnie merdała przed nim pierzem. Wyrażam ciche liberum veto, bo wiem, że buntownicza natura raczej przeziębienia nie wystraszy. Zaszywam się z kubkiem gorącej herbaty pod kocem, załączam kosmiczną maszynę losującą wyciągając jedną z nagromadzonych książek "do przeczytania" i wmawiam sobie, że to nie październik.

Zdarzy się też tak czasem, że ktoś podrzuci buty, albo uda mi się wygrzebać z szafy coś czego wcześniej nie zauważyłam pod puchem narnijskiego śniegu, a co prosi się o nowe oblicze. Zabieram wtedy owego nieboraka ze sobą i nie ma, że boli. 


...

Absolutnie urzeczona...

środa, 27 lipca 2011

transformers

Przy takiej pogodzie jedynie co można robić to zaszyć się gdzieś pod kocem, trzymając kubek gorącej kawy w dłoniach, oczyma pokonując kolejne stronice powieści...  Można też zabrać farbki, wodę, porozrzucane pędzelki i zabrać się za demolkę kolejnej koszulki, tudzież butów. 

Tak, Transformers. Bo mimo wszystko lubię tych kosmitów :] 
...



...


czwartek, 21 lipca 2011

the last samurai

Ostatnio często przenoszę się w realia, gdzie zasady wyznacza płaszcz i szpada, czy może raczej katana. Albo zmechanizowane formy życia przybyłe z kosmosu. Wszystko jedno.  Walka i tak trwa. 

Zakończyłam kolejny rok, przebrnęłam przez praktyki i staram się zorganizować czas tak, by wykorzystać go jak najlepiej. Dlatego w końcu zabieram się za książki, które zgromadziłam w ciągu kilku ostatnich miesięcy, powzięłam szaleńcze postanowienia podszkolenie się w nauce języka, choć jak człowiek sam wyznacza sobie zasady nie jest zbyt łatwo. Mobilizacja jest rzeczą niezwykle ruchliwą i często zdarza jej się znikać niepostrzeżenie. Kidy więc nawałnica oderwie mnie od źródła nauk wszelakich zabieram się za koszulki i stają się one podłożem moich fanaberii.
A, że dopiero ostatnio Ostatniego samuraja oglądałam (mam niezwykłą zdolność do nieoglądania filmów, które już wszyscy widzieli, nie wiem czemu tak jest) to jak zwykle mnie zainspirował. 



czwartek, 9 czerwca 2011

kawaii cat

Napiszę posta! A co! Już od jakiegoś czasu otwarta strona z reformami Kołłątaja dość gorliwie uprasza się bym czym prędzej do niej sięgnęła. Jak łatwo się domyślić walczę wytrwale. Niestety prędzej czy później ulegnę, bo ambitnie postanowiłam zdobyć dobrą ocenę. Ciężkie jest życie studenta. Wracam, więc myślami do czasu, gdy mogłam sobie bez straszliwszych konsekwencji bazgrać po torebkach i nie myśleć o przemęczeniu umysłu. Ten czas się jednak zakończył. Mądre książki mnie terroryzują. Po nocach śnią się stiuki. A putta gonią mnie, w krótkich rączkach ściskając kurczowo topory. Tak barok... to odległa przyszłość wtorkowego poranka. To dopiero będzie krwawa jatka. 



I... Jonsi.
Pewnie był już wiele razy.
Nieustannie napawa mnie optymizmem.
I przypomina bardzo dobry czas. 



piątek, 29 kwietnia 2011

Pocket Full of Sunshine

I na to w końcu przyszła pora. Miałam pisać referat więc zabrałam się za malowanie butów. To dla mnie takie typowe. W przeciągu ostatnich pięciu dni napisałam dwie linijki. Domowa aura nie pomaga mi w moich studenckich obowiązkach. 

Ale przecież tutaj mam wiele miejscowych zobowiązań, takich jak: pomaganie w wybraniu mega eleganckiej black-and-white kreacji Siostrze, wspieraniu jej w wytężonych przygotowaniach do egzaminu dojrzałości (gdyby on chociaż w marginalnym stopniu sprawdzał to co nosi w nazwie, ps. mimo wszystko niezwykle cieszę się, że mam dawno za sobą ten czas.), no i oczywiście drapanie za uszami kota (Zizu nie odpuści mi przecież jeśli nie okudli mnie od stóp do głów, jednocześnie zawsze stara  się zrealizować swój designerski projekt wyciągniętych nitek na wszystkich moich ubraniach).

Kończę słowolejstwo i zabieram się za trzecią linijkę fascynującej opowieści.
Bye. 

...


...
Nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że u mnie niektóre weekendy mijają podobnie:
worst song ever :P

:)