poniedziałek, 25 października 2010

kropelkowo

Oj czuć straszliwie, że zima idzie. Zimno, szaro i buro. Mam dziwne wrażenie, że w moim gardle siedzi coś mechatego i drażni mnie niezmiernie. Staram się to zabić kolejną cud-pastylką. Nadaremnie. Zadomowiło się i widocznie nie ma najmniejszego zamiaru się oddomowić. 

Ciągle wisi mi nad głową jak brzytwa kata wstęp pracy proseminaryjnej, ale jakoś nie mogę się za to zabrać. Wena wzięła urlop i pojechała na wakacje. Lenivcum gargulikum wdmuchuje mi frustrację słomianą rurką do ucha.
...
Nic to. 
Powtórzę za kimśtam. I zakładam różowe okulary, by zabarwić codzienność. 
...
Zdjęcie muszelkowo-lawowych kolczyków. Gorąca plaża jest teraz najbardziej wskazanym miejscem, gdzie chciałabym się bilokować. Opatrzność stwierdziła jednak, że nie jest mi to do życia potrzebne i nie obdarzyła mnie tym darem. Niestety. Jedyne co mi pozostaje to pokrywający się już znacznie jesienią Kraków... 
...
I teledysk z morskim wybrzeżem. Od wczoraj słucham nieustannie: 


czwartek, 7 października 2010

Pegaz


Już trochę czasu upłynęło od mojego ostatniego wpisu. Szczerze powiedziawszy początek roku akademickiego, pakowanie się i przeprowadzki pochłonęły mnie nieco i nie pozostawiły zbyt wiele czasu wolnego.

W dodatku muszę tu wspomnieć o nie dającej o sobie zapomnieć spec komórce remontowej działającej za ścianą naszej kuchni. Nie dość, że przez blisko cztery dni marzyłam z niecierpliwością, by w końcu pójść na jakieś zajęcia, ponieważ ta cała kakofonia dźwięków była nie do zniesienia, to panowie byli tak skrupulatni w kuciu ścian, że w dwóch miejscach przebili ją na wylot z okrzykiem: "Panowie jesteśmy u sąsiada". Gdy następnego dnia skończyli pracę w naszej kuchni garnki trzeba było spod pyłu i gruzu odkopywać jak na wykopaliskach archeologicznych. Wieczorem gdy dwie współlokatorki poszły się zapytać, czy raczą ową dziurę w jakiś sposób załatać pan odpowiedział: "To ta dziura dalej jest? Przecież tam kogoś miał przyjść rano to załatać." Rano nikt tego nie załatał. Nasza kuchnia wyglądała jak miejsce robót odkrywkowych. A my tańczymy z radości. 
...
Dziś natomiast próbując zabić czas zajrzałam, tak tylko na momencik, do pasmanterii i znów mój portfel stał się szczuplejszy. 
Pierdoły koraliczne powinny być poza zasięgiem mego wzroku, bo jak tak dalej pójdzie to jedzenie będzie poza zasięgiem mojego portfela.
...
A to torebka z pegazem. Wspominam o tym tylko dlatego, że nie wszyscy wiedzą, iż to dziwne stworzenie właśnie pegazem jest.
...
Zakochałam się w tej piosence od kiedy pierwszy raz ją usłyszałam. A było to daaawno temu.

czwartek, 23 września 2010

Hua mulan

Ostatnio udało mi się tworzyć dla samego tworzenia a nie jedynie z przymusu. Przyniosło mi to wiele radości. Za niedługo jednak przychodzi czas by spakować książki i kredki do tornistra i przywitać się z nowym rokiem akademickim. 
Nim to jednak nastąpi czeka mnie obfitujący w zdarzenia weekend. Począwszy od piątkowego wyjazdu do Krakowa i pomocy muzealnej do późnych godzin nocnych. Po sobotnią imprezę osiemnastkową również do późnych godzin nocnych jak mniemam. Jazda busami zapewne mnie wykończy i będę przypominała zmaltretowanego futrzaka w samym środku pustyni, ale mam zamiar wyjść z tego mężnie. Gdyby nie te busy...

No ale.

I sprawca dzisiejszego postu, a właściwie sprawczyni: Hua Mulan. Obejrzałam ten film, bo lubię Mulan. Do tej pory obejrzałam jedynie Disneyowską wersję, ale tak czy nie tak, ta postać zawsze bardzo mnie intrygowała. Jak tylko dowiedziałam się, że w Chinach rok temu powstał film o niej, postanowiłam go obejrzeć. Szczerze powiedziawszy miałam raczej małe oczekiwania, pamiętając z tego typu produkcji walki karate i ludzi latających po dachach w dość dziwny sposób. A jednak niewiele jest tam dachów, po których można by latać. Są też sceny bitew, więc nie ma żadnego ho-ja-ju-aa trzask prask jak zwykle czyni to Bruce Lee rozkładając swoich wrogów na łopatki.  A w dodatku opowiada historię dość tragiczną, która wzrusza, choć nie jest rzewna. 
...
...






Bezpośrednią inspirację czerpałam z plakatów dostępnych na Filmweb.


...
I piosenka kończąca film, już o niej wspominałam, ale podczas tworzenia kolaży była moją melodyjną inspiracją. I nieustannie porusza moje serce. 
Tutaj można przeczytać angielskie tłumaczenie, jakby ktoś chciał zagłębić się w tekst i nie znał oryginalnego języka. Jak ja. 
...

Rozpisałam się dzisiaj nie ma co.
Obiecuje, że następnym razem nie będę tak męczyć. A przynajmniej się postaram. 
...

sobota, 18 września 2010

w warsztacie taty

Inspirację można czerpać zewsząd. Nawet w ciemnej, zakurzonej piwnicy, do której małe dzieci nie zapuszczają się obawiając się wszelakiego czorta mogącego czaić się za piecem centralnym. Zauważam odblask oczu kota siedzącego pod heblarką ze znudzoną miną, bez większego zainteresowania śledzący osobę, która śmiała przerwać mu błogi sen o tłustych myszach i krainach mlekiem płynących. Skradam się między drobinkami kurzu, w których tańczą zagubione promienie słońca. Mijam prędko rysunek schodowego stopnia wykonany na ścianie z wszelkimi istotnymi wymiarami. Otwieram ciężką metalową szufladę i biorę co mi trzeba póki nikt nie widzi. 
...

A nakrętki nie muszą być jedynie niewidocznymi elementami krzeseł, uniemożliwiającymi jego rozpad, gdy ciężki człowieczy zad na nim spocznie. 



PS. Wykonanie tych zdjęć zjadło mi więcej nerwów, niż zwykle czyni to mechaty nerwojad. Wątpliwej jakości moim zdaniem są i średnio oddają charakter wisiorów. 

...
Odmieniona Brodka ze swoją Grandą zdecydowanie przypadła mi do gustu. http://www.myspace.com/monikabrodka

"Walczą we mnie lwy, walczy zgraja psów, 
moje myśli dziś jak po linie chód. 
Widzę słońca dwa, 
jak rozpoznać mam, 
gdzie prawdziwy, 
gdzie odbity blask."
KO


czwartek, 16 września 2010

Stones stories

Kamienie zaczęłam znosić do mego pokoju w wieku  6 lat, kiedy to rozpoczęto budowę naszego domu. Pierwszy okaz przemyciłam pod koszulką, sama nie wiem czego mogłam się wtedy obawiać. W każdym razie mama od razu stwierdziła jakąś poważną chorobę żołądkową. Cóż kamień był spory,a ja malutka. Dalej stoi on na mojej komodzie. Wtedy też postanowiłam zostać geologiem, jak widać od tej ścieżki życiowej jestem dziś daleka. Zresztą zawsze byłam lewą nogą z fizyki. A potem przeczytałam Pana Samochodzika i nagle zapragnęłam pójść w jego ślady. I tak się stało, że Boskim zrządzeniem losu jestem na muzealnictwie. 

Pasji zbieractwa kamieni oczywiście nie porzuciłam. A z samotników znalezionych na niedawnym spacerze zrobiłam wisiory. 



Better than original: Marina And The Diamonds, Starstrukk.